
Półtorej roku poprzedniego bloga już prawie skasowane. No, prawie, bo nie wiem jak się kasuje, na tym czymś.
Ogółem ten blog nie będzie się zbytnio różnił od poprzedniego: czyli takie moje
sranie w banie.
Dzisiejsza jazda do szkoły okazała się być wyścigiem, rondo ostatnim okrążeniem, wnioskując z szarży taty za kierownicą. No, w sumie nie dziwię się mu, ale kto kazał mu mnie budzić
PIĘTNAŚCIE minut przed szkołą, kiedy droga do niej trwa dziesięć!?
(Z drugiej strony mogłem się zerwać z wyra, kiedy cholerny budzik zadzwonił o szóstej piętnaście) Piątka z chemii, trzy zastępstwa - a myślałem, ze będzie gorzej. Do nauczenia jeszcze biologia, no, i fizyka, matematyka, niemiecki, angielski, historia, i cośtam z plastyki -
TYLKO.
W sobotę trening, w niedzielę egzaminy: a mi się tak nie chce. Niedługo upragnione wakacje.

Podoba mi się nasz korytarz szkolny, jest taki, eeee, lanserski? W szczególności te smoki.

Próby tłumienia śmiechu na matematyce nie wypaliły.
Prócz tego oryginalne obwarzanki Krakowskie w Katowicach to żenada. No, i jeszcze żelki za które przepłaciłem, o całą połowę (kto by pomyślał, że w Żabce przy naszej szkole trzeba za 100 gram Haribo wybulić 4,25!?)
A więc, kończę, do jutra, i tak dalej.